Pociąg

AKT I

Mama mówi, żebym uważał i za bardzo się nie wychylał, bo wypadnę, a wtedy serce jej pęknie. Nie chcę aby pękało jej serce, ale tak lubię patrzeć, jak płynie tam daleko świat . To jest lepsze niż szybka jazda koniem.

Scena I

 

Kolejny postój. Już nie pamiętam, kiedy kazali nam jechać. Czasami wydaje mi się, że dookoła już nigdy nie będzie słychać nic innego tylko to “tuh tuh -tuh tuh- tuh tuh (…)”

 

– Możesz sobie trochę pobiegać, ale nie oddalaj się daleko. Mam Cię widzieć, będę tutaj stała
– ​ pokazała ręką to miejsce, właśnie to, nie inne. ​ A jak usłyszysz jak Pan maszynista gwiżdże, biegniesz co sił w nogach do mnie. Zrozumiałeś?

– Bardzo szybko biegam, przecież dobrze o tym wiesz. Pobiegnę do tamtego drzewa i z powrotem, w ogóle nie zauważysz, że mnie nie było. Będę jak wiatr.

Gotowi! Do Startu!? Start!

Byłem szybszy niż wiatr. Ciągłe siedzenie w wagonie jest smutne. U nas jest mało dzieci, a jak się zatrzymujemy to sporo jest starszych, którzy nie zwracają na mnie uwagi. A dorośli tylko mówią, a Mama często płacze. Ale wiem, że jak ją przytulę, to wysychają jej łzy i nie ma już czym płakać.

– Zobacz, jak szybko biegnę-​ krzyknąłem do Mamy.

Lubię czuć we włosach wiatr, ptaki to mają fajnie.Jeszcze chwilę i drzewo będzie moje.

– A co to jest?- ​ powiedziałem do siebie.

Zatrzymałem się, jak koń przed przeszkodą.Odwróciłem w stronę Mamy aby jej krzyknąć, że coś znalazłem, ale rozmawiała z Panią Janką.

– Szybko zobaczę co to jest i zaraz pobiegnę jej powiedzieć, o moim odkryciu.- wypowiedziałem głośno słowa, aby nie było, że nikomu nie mówiłem.

Trochę poniżej torów, leżała szklana kulka. Mieniła się wieloma kolorami, czegoś tak pięknego nigdy w życiu nie widziałem.

– Jaka piękna!- ​ zachwyciłem się ​ Pokażę ją Mamie i to będzie nasz skarb, może już nie będzie musiała płakać.

Wziąłem ją w rękę,w słońcu była jeszcze piękniejsza. Stałem tak chwilę i nie mogłem oderwać od niej wzroku.

– Szkoda że jest tylko jed….- ​ jeszcze nie zdążyłem skończyć, a zobaczyłem następną. Kawałek niżej leżała kolejna. Popatrzyłem na Mamę, dalej rozmawiała. Z szedłem w stronę krzaków, schyliłem się i zobaczyłem mały woreczek, a obok niego, buta…Ale to nie był tylko but, bo była w nim noga. Za krzakami leżał jakiś chłopiec. Nie żył. Nie pierwszy raz widziałem umarłe ciało, ale zawsze strach zabierał mi siłę w nogach i powietrze w buzi. Gdyby nie czerwone plamy koło szyi, pomyślałbym, że śpi. Prawie zawsze tak wyglądają. Byłem mały jak nie było wojny, ale pamiętałbym, żeby wtedy tak leżały ciała. Teraz dorośli mówią, że już nie ma się czego bać, bo wojna się skończyła. To dlaczego ciągle co jakiś czas, leżą umarli? Bałem się go. Że się obudzi i każe mi położyć się obok siebie…

– Michał!? Gdzie jesteś!?- ​ głos Mamy obudził mnie. Za chwilę po jej krzyku, rozległ się gwizd. Musiałem się ruszyć! Poczułem ukłucie w sercu, nogi oderwały się od ziemi. Wyskoczyłem na tory, nic się nie liczyło, tylko dobiec do Mamy i się przytulić. ….

Udało się.-

– Gdzieś Ty zniknął, mój Panie!?- ​ widać było, że była zła na mnie, tak smutno zła- jak wtedy gdy ostatnim razem widziałem Tatę. ​ – Nie ma czasu, musimy wsiadać…
– Przepraszam Mamusiu, nawet nie wiesz jak bardzo Cię Kocham- ​ mówiąc to, łzy spłynęły mi po policzku i w tym momencie przytuliłem się do niej.

Maszynista zagwizdał kolejny raz, nie było czasu. Szybko wsiedliśmy do swojego wagonu.

Wolę tuh- tuh, niż patrzyć na umarłych…

Scena II

 

Czas płynie jak rzeka i nie można go zatrzymać. To co było już się nie powtórzy, a szkoda. Chciałbym aby było tak jak kiedyś, gdy Tata był z nami i nie było tego wszystkiego.

Kolejny postój.

Pogoda tego dnia była piękna, pierwsze chłodne wiatry były już za nami, ale dziś było spokojnie. Pomogłem Mamie przynieść wodę i inne potrzebne rzeczy, bez których ciężko się mieszka w domu na kołach. Podobno, w tym tygodniu mamy już dotrzeć na miejsce, do nowego lepszego domu, ale mi się podobał nasz stary dom…

– Wiesz co?- ​ zagadnęła Mama- ​ Tam jak przechodziliśmy z wiadrami z wodą, siedział taki pan i sprzedawał słodycze- ​ mówiąc to wyciągnęła monetę, podając mi ją- ​ Weź ją i kup sobie lizaka, czy co tam będziesz chciał.

Takie rzeczy nie zdarzają się co dnia, dziś musi być jakieś święto.

– Ale dzisiaj, chyba nie mamy Bożego Narodzenia ?-​ zapytałem ze zdziwieniem.

– Nie mamy synku, ale ostatnio jesteś tak grzeczny i bardzo mi pomagasz, zasłużyłeś na nagrodę. Bez Ciebie nie dałabym sobie rady.

Odebrałem monetę i obróciłem ją w dłoni. Cieszyłem się, ale , no właśnie, ale…

– Mamuś, a Tobie nie przyda się ta moneta. Może trzeba będzie coś kupić i wtedy przyda się -​ wyciągnąłem rękę, aby oddać ją Mamie.

– Michasiu, dziękuję Ci za Twoje słowa, to są słowa dorosłego mężczyzny, dlatego tym bardziej zasługujesz na coś słodkiego​ – mówiąc to ujęła moją dłoń i ścisnęła ją- ​ Jest Twoja, ale nie ma czasu na zastanawianie się. Nie wiem kiedy ruszamy, więc powinieneś się spieszyć- uśmiechnęła się do mnie.

Z takim uśmiechem się nie dyskutuje, czym prędzej pobiegłem kilka wagonów w stronę jeziora. Miły starszy pan, siedział tak samo jak go mijaliśmy kilka chwil wcześniej.

– Dzień dobry Panu-​ grzecznie się przywitałem

– Dzień dobry dżentelmenie, w czym mogę Ci pomóc?

– Poprosiłbym dwa lizaki, czy ta moneta starczy na dwa?​ -pokazałem staruszkowi kawałek metalu.

– Niestety, starczy na jednego lizaka, ale czy dwa lizaki to nie za dużo dla szanownego Pana?

– Ma Pan rację, to za dużo, ale dostałem tę monetę w prezencie od Mamy i pomyślałem, że też by się ucieszyła, mogąc zjeść coś słodkiego. Dzieci zawsze się uśmiechają, gdy dostają słodycze, a moja Mama tylko czasami się uśmiecha i chciałbym dać jej powód do uśmiechu.

Kiedyś słyszałem, jak ktoś mówił, że oczy to zwierciadło duszy, bo tam można zobaczyć, kto jaki jest i to chyba prawda. Zobaczyłem u sprzedawcy iskierkę, zmieniającą cały wyraz twarzy, tak jakby ktoś stopił lód i od razu posadził kwiatki.

– Chłopcze- ​ zaczął uśmiechając się ​ – proszę oto Twoja moneta, a tutaj masz dwa lizaki. Twoja Mama może być z Ciebie dumna- ​ mówiąc to szczerze się uśmiechnął.

– Proszę Pana, ale…- przerwał mi.

– Nie ma żadnego, ale. Zasługujesz na dwa lizaki i monetę i lepiej zmykaj, bo Ci pociąg odjedzie. Słyszałem, jak konduktor mówił, że nie możecie tu za długo zostać.

– Proszę Pana, dziękuję bardzo, dziękuję w moim imieniu i Mamy- ​ obdarzyłem go najpiękniejszym uśmiechem jakim tylko potrafiłem.

Ukłoniłem się nisko i prędko pobiegłem do Mamy, aby jej o wszystkim opowiedzieć. Gdy ruszyłem, dało się słyszeć pierwszy gwizdek do odjazdu,, zagęściłem ruchy i w mgnieniu oka byłem już obok Mamy.
– To dla Ciebie Mamuś-​ mówiąc to podałem Mamie lizaka i monetę.

– Ale jak to?- ​ zdziwienie wymalowało się jej na twarzy​ Dałam Ci monetę, abyś kupił sobie lizaka, a Ty mi przynosisz monetę i lizaka, a w drugiej ręce trzymasz jeszcze jednego. Jak to możliwe?

– Uznałem, że Ty też zasługujesz na lizaka, każde dziecko uśmiecha się gdy go dostaje, a ja tak bardzo lubię gdy się uśmiechasz, a zasługujesz na to żeby dużo się uśmiechać. Chciałem kupić dwa, ale pan sprzedawca powiedział, że ta moneta starczy tylko na jednego. Ale spytał się. dlaczego chcę dwa, więc mu odpowiedziałem. Gdy usłyszał, że ten drugi byłby dla Ciebie, chyba mu się ciepło na sercu zrobiło, bo takich kolorów dostała jego buzia. A potem oddał mi monetę i dał dwa lizaki.

W tym momencie pociąg ruszył, lekko szarpnęło i stalowe koła zaczęły się toczyć po szynach. Chciałem jeszcze coś dodać, ale zobaczyłem łzę spływającą po policzku Mamy.

– Mamuś? Coś zrobiłem źle?-​ zapytałem zaniepokojony

– Michaś, nawet nie wiesz jak bardzo Cię kocham. Gdyby każdy był taki jak Ty, na świecie byłyby tylko łzy szczęścia, takie jak ta tutaj.

Przytuliła mnie mocno, czułem jej serce, które mówiło do mojego. Chciałbym to zatrzymać, tą chwilę i tak w niej być, tuląc i czując jej ciepło….. I to prawda. Gdy emocje pozwoliły nam się puścić, odwinęliśmy papierki, a lizaki dodały nam jeszcze więcej uśmiechów…

AKT II

Aż nadeszło wyzwolenie i zakończyła się wielka tułaczka po bezkresie świata.

 

Pewnego dnia przyszła nasza kolej. Podobno byliśmy w nowym i lepszym miejscu- “ziemie odzyskane”, tak przynajmniej dorośli to nazywali. Z kilkoma rodzinami mieliśmy udać się ciężarówką do jakiejś wioski.

Ładnie tu było, ale co chwilę mijaliśmy jakieś rozrzucone przy drodze ubrania, puste wózki i wiele innych rzeczy, które były już zniszczone.

Chwilę jechaliśmy, do celu dotarliśmy wieczorem, a pierwsze gwiazdy witały nas w nowym miejscu. Wysadzili nas na jakimś placu, gdzie też było kilka innych osób. Jakiś pan powiedział, że możemy wybrać sobie na razie jakiś dom, bo i tak większość jest pusta,a jutro będzie można zamienić, albo zostać. To, jak kto woli. Okazało się, że wszystkie domy w obrębie 30 kroków były zajęte. Mama niosła cięższe rzeczy zawinięte w wielkie prześcieradło, a ja niosłem dwie walizy. Nie udało się nam zabrać więcej rzeczy z domu, ale i tak za dużo ich nie mieliśmy- tyle ile potrzeba. Odeszliśmy kawałek od placu, aż w końcu coś znaleźliśmy. Dom był z cegły i naprawdę duży, ale nie było czasu na zwiedzanie, tego co dookoła. Ilość gwiazd bardzo szybko wzrosła, a i Pan Księżyc zaczął się wychylać wstydliwie zza drzew.

Weszliśmy do środka, Mama znalazła jakieś świece, zapałki i rozjaśniła mrok panujący w pokoju i już na pierwszy rzut oka było widać, że pokojów jest więc.

– Jutro sobie wszystko dokładnie obejrzymy, a teraz czas iść spać. To co, dziś chyba będziesz mógł się wiercić bez budzenia mnie- ​ mówiąc to dziwnie się uśmiechnęła.

– Ale jak to?​ – zapytałem zdziwiony.

– Tutaj będę spała, a coś mi się wydaje, że w pokoju obok też jest wolne łóżko. Chyba, że chcesz dziś spać ze mną?

– Wolałbym z Tobą Mamuś, tak żebyś się nie bała w nocy w nowym miejscu-​ puściłem do niej oczko.

– Aa no tak, masz rację. Mogę się bać w nowym miejscu spać. Co ja bym bez Ciebie zrobiła- uśmiechnęła się i mocno mnie przytuliła.
Noc działa jak magnes na sen. Wystarczy, że zrobi się ciemno, to od razu człowiek tak szybko zasypia..

Nas też , szybko zaatakowało znużenie. Jeszcze bajka na dobranoc i sowa, która gdzieś niedaleko przelatywała….

– Dobranoc synku- ​ mówiąc to ziewnęła mama

– Dobranoc Mamuś- ​ odpowiedziałem ziewnięciem i pocałowałem ją w czoło.

Noc jednak ma inne plany.

Nie wiem co, jak, gdzie, zostałem wyrwany ze snu. Spadłem na podłogę. Krzyk mamy był intensywny, ale tak jakby coś go tłumiło. Szybko prześlizgnąłem się pomiędzy nogami w stronę ściany. Cały pokój wypełniał blask księżyca. Przy łóżku stało 3 mężczyzn z karabinami. Mówili coś do siebie w niezrozumiałym dla mnie języku. Wszyscy się śmiali i łapali Mamę w różnych miejscach. Nie poddawała się, ale byli od niej silniejsi. Jeden zatkał jej usta dłonią, drugi rozrywał bluzkę, a trzeci trzymał za nogi.

– Co Wy robicie mojej Mamie !?- ​ wyrwał się krzyk z moich ust. Byłem przerażony, a złość we mnie rosła.

– Co Wy jej robicie!? Zostawcie ją!

Moje krzyki nic nie dawały, nawet nie zareagowali na nie. Tak jakby mnie nie było. Tak jakbym był powietrzem.

Podbiegłem, do tego co trzymał ją za nogi, zacząłem z całych sił bić go pięściami po plecach. A jedynie śmiech wzbił się w powietrze. Uderzałem bez przerwy, aż w pewnym momencie, coś mu się musiało nie spodobać. Puścił Mamę, złapał szybko swoją czapkę, zamachnął się i z całych sił uderzył mnie, a metalowa gwiazda rozcięła mi policzek. Upadłem. Czas płynął wolniej, od wywalenia mnie z łóżka, to ponownego upadku minęło może kilkanaście sekund.Poczułem krew w ustach, a krzyk mamy, jej szamotanina i ciągła walka ocuciły mnie. Wstałem i znów zacząłem biec w ich stronę. Nie zdążyłem. Jeden odwinął się i machnął tak mocno, że znów upadłem, uderzając głową o taboret.

– Aaaa-​ krzyknąłem ……

 

Krzyk Michasia rozniósł się po izbie. Sołdaty, nic z tego sobie nie zrobili, ale krzyk dziecka zawsze usłyszy Matka. Odwróciła głowę w stronę, gdzie leżało jej dziecko. Tego było już za wiele !

Niepohamowane pokłady energii popłynęły razem z krwią. Z całych sił ugryzła dłoń oprawcy,a krew wypełniła jej usta.

-Synku!!?? Syneczku!! Coście mu zrobili…. Agresja wzięła górę. Kopnięcia i szamotanina okazała się skuteczna, udało jej się wyrwać. Jednym susem skoczyła, do syna wzięła go w ramiona.

-Michasiu!? Proszę odezwij się do mnie…Proszę !. Ale Michaś już nie odpowiadał, a krew spływała mu strumieniem po skroni. Sołdaty zamarli w bezruchu, ale jeden był trzeźwy. Wyciągnął z kabury pistolet i strzelił kobiecie w głowę…

-Głupia…- mówiąc to napluł na Matkę z Synem.

Koniec

Autor: M.P.

Jedna myśl na temat “Pociąg

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s